SCENA I.
(W centrum, na wzgórzu zamek
królewski otoczony murami, basztami (na głównej – chorągiew
herbowa), mostem zwodzonym, fosą. Z lewej: na horyzoncie las,
przodem zielona - kwiecista dolina, w której środku strumyk
szemrze. Nad nim mostek. Z prawej - fragment miasta: park,
kościół, dzwonnica, ryneczek, domy, mieszkańcy. Nad całością –
tęcza. Słychać śpiewną melodię typu „wieczorny dzwon” z główną
partią dzwonu. Zbliża się wieczór. Na proscenium, w stroju
barda, wchodzi NARRATOR. Rozgląda się, słucha melodii, podziwia
wszystko, w końcu siada na jakimś kamieniu i zaczyna opowieść:)
Pod łukiem
tęczy, w kwietnej dolinie,
Gdzie wonną
trawą wiatr ziemię mości
A
środkiem strumyk szemrzący płynie
Wyrosło kiedyś
miasto DOBROŚCI.
W herbie ma barwne, TĘCZOWE
znaki,
W hymnie śpiew ptaków TĘCZOWO
dźwięczy,
A przed bramami TĘCZOWE maki
Witają gości w tym grodzie TĘCZY.
W centrum się wznosi zamek
TĘCZOWY.
Na krańcach murów TĘCZOWE wieże,
A tam...
(pokazuje)
dzwonnica. W niej - DZWON TĘCZOWY,
Co DOBRA miasta CZARAMI strzeże.
A ma ON tyle cudownej MOCY,
Że ten, kto dzwonu usłyszy tony,
Jest w dzień szczęśliwy, spokojny
w nocy
I przez rok cały -
zadowolony.
(Teraz
przerywa, zdejmuje z ramienia koc, owija się nim, z torby
wyciąga jabłko, zjada je i sadowiąc się wygodnie, szykuje do
snu. Zmrok coraz większy, melodia powoli przycicha i w pewnym
momencie gwałtownie urywa, zakończona mocnym, fałszywym
dźwiękiem dzwonu. W tle widać niewyraźne sylwetki, które niosąc
coś dużego, znikają w głębi. Robi się ciemno. Zza chmur wychodzi
księżyc i z delikatnej poświaty wyłania się, pozornie taka sama,
dzwonnica. Narrator otulony w koc śpi. Księżyc ginie za dużą
chmurą. Mrok zupełny).
SCENA
II.
(Wstaje dzień
i widać, że wszystko jest jednak nie takie jak było. Ptaki
pochowane w dziuplach, kwiaty z opuszczonymi i dziwnie
bezbarwnymi główkami, śpiące straże, brudne ślady wiodące do
dzwonnicy i leżąca tuż obok drabina. Narrator przeciera oczy i
obserwuje zaczynający się ruch. Z domów wychodzą dobrościanie.
Są zaspani - niektórzy jeszcze w piżamach. Jeden z teczuszką, w
okularach, jakby szedł do pracy, drugi z poduszką pod pachą,
jakaś dobrościanka z grzebieniem we włosach. Błąkają się bez
celu, jakby na coś czekali. Jeden z nich spogląda na dzwonnicę i
mocno zaskoczony pokazuje ją innym. Konsternacja. Dopiero teraz
wyraźnie widać, że górna część dzwonnicy jest czymś zasłonięta.
NARRATOR kiwa głową i tak, jakby wszystko już zrozumiał,
zaczyna:)
Dziś, rzecz przedziwna, bo
DOBROŚCIANIE
Wstali dość późno. Bolą ich
głowy
I wszystkich dręczy jedno pytanie:
Dlaczego zamilkł ich DZWON
TĘCZOWY???
DOBROŚCIANIN I (typ nauczyciela, z teczką, w okularach)
No, No??? Nie dzwoni!!! Jak to być
może???
DOBROŚCIANIN II
(po chwili zastanowienia)
Może popsuło mu się bujadło?
DOBROŚCIANKA I (typowa gosposia, w papilotach)
Może dzwonidło - o dobry Boże -
Razem ze sznurem na ziemię spadło?
DOBROŚCIANIN I (spoglądając kilkakrotnie na zegarek)
Stanął??? (zaskoczony)
Nie wierzę! Chyba zaspałem!!!
DOBROŚCIANIN III (wyglądający jakby spał na stojąco,
lekceważąco)
Phiii! Też nie mogę
otworzyć oka.
DOBROŚCIANIN IV (w koszuli nocnej, szlafmycy, z poduszką
po pachą)
Nooo! Święta prawda! (do siebie)
Po co ja wstałem???
DOBROŚCIANKA II (szarpiąc grzebień we włosach i prawie płacząc)
A mnieee wczesałooo
się coooś do loka.
DOBROŚCIANIN V (niechlujny, zarośnięty, z papierosem w
ustach, pokazując na nowo wypaloną dziurę w, mocno już
połatanych, spodniach)
Mnie jakiś kopciuch znów spalił
gacie.
DOBROŚCIANIN VI (w czapie i fartuchu kucharza z warząchwią
i dużą solniczką w ręku)
A mnie do mleka ktoś wsypał soli.
DOBROŚCIANIN V (cały czas oglądając nieszczęsne spodnie -
współczująco)
Dziura na plamie??? Dziura na łacie???
DOBROŚCIANIN III (chcąc przelicytować osiągnięcia innych
pokazuje potężny brak uzębienia)
A mnie w tym miejscu ząb
straaaasznie boli.
(Zamieszanie
jest ogólne i potężne. Zasadniczej części dzwonnicy nadal nie
widać. Obraz przesuwa się po zdezorientowanych postaciach i
zbliża w stronę zamku).
SCENA
III.
(Sala tronowa,
tron. Przez okno widać już wyraźnie, że dzwonnica jest pusta.
Król Tęczomił – pyzata poczciwina, nie w pełni ubrany, za to w
pełni zmartwiony. Przed tronem dowódca straży z mieczem w jednej
i kawałkiem sznura w drugiej ręce.)
NARRATOR
W tronowej sali, w złotej koronie,
TĘCZOMIŁ MĄDRY - król dobrotliwy,
Siedzi na swoim TĘCZOWYM tronie -
Zwykle pogodny - dziś
nieszczęśliwy,
Bo właśnie przybył dowódca straży
I składa raport straszliwej
treści:
DOWÓDCA STRAŻY
W nocy był napad. Oddział
zbrodniarzy
Skradł dzwon i przepadł bez żadnej
wieści.
Co robić królu? Jak znaleźć zgraję?
TĘCZOMIŁ (wstaje, chodzi, wygląda przez okno, w
końcu zatroskany i zupełnie bezradny, drapiąc się w...
koronę)
I co się z miastem DOBROŚĆI
stanie?
O jeju! Jejku! Jak rządzić krajem,
(wygląda
jeszcze raz przez okno)
O!!! Jacy smutni są DOBROŚCIANIE!!!
(Po chwili
klaszcze w dłonie - kłaniając się, wchodzi lokaj. Król coś mu
mówi, lokaj wybiega)
SCENA
IV.
(Ta sama sala,
obok tronu stół, ławy. Wchodzą, kłaniając się, wzburzeni doradcy
króla. Siadają, wyciągają zwoje papieru i gęsie pióra,
gestykulują, niektórzy zakładają okulary. Sytuacja mocno
nerwowa. Co chwilę ktoś wstaje, siada, znów wstaje. Wszyscy -
jeden przez drugiego - mówią. Sekretarz królewski przygotowuje
się do pisania uchwały.)
NARRATOR
Zwołał TĘCZOMIŁ naradę wielką,
Na której zgodnie postanowiono:
DORADCA I (w „dymku” ukazują się sytuacje obrazujące
sugestie I Doradcy - jakieś ślady, detektyw na czworakach z lupą
w ręku.)
Trzeba, nie gardząc pomocą
wszelką,
Ustalić dokąd dzwon wywieziono.
DORADCA II – JĄKAŁA (w „dymku” - jakieś skulone sylwetki i
ręce machające rózgami i miotające, w ich stronę, grudy błota.)
Poootem naaależy skaaarb ten
ooodzyodzyodzyskać,
A zbóóójów wiiinnych straaaszliwej
zbrooodni
Wyyyychłostać róóóózgą...
DORADCA
III (zniecierpliwiony)
Błotem opryskać,
Na koniec zamknąć na tydzień w
chłodni...
TĘCZOMIŁ
(przerywa trzeciemu i tak, jakby dyktował sekretarzowi coś
bardzo oczywistego. W „dymku” ukazuje się czarownica lecąca, na
dużej miotle z jakimiś ludzikami, w kierunku zwyczajnej,
„śmieciowej” góry)
I kiedy zmienią się w czarne
sople,
Niech z kraju lodu JĘDZA przyleci,
Żeby ich zabrać na swojej miotle
Do czarnej jamy pod górą ŚMIECI!!!
SCENA
V.
(Zwykłe
pomieszczenie w zwykłym domu. W kącie śpiący kot z myszą na
grzbiecie - również śpiącą. Jedni Dobrościanie układają
się do snu, inni już śpią – nie zawsze jest to łóżko i nie
zawsze jest to piżama. Odzież byle jak rzucona.)
NARRATOR
No tak! Plan dobry! Lecz dzwonu
nie ma
I NIKT do działań nie ma ochoty.
Łóżko im w głowie - chce im się
drzemać,
Jak to zrobiły myszy i koty.
(Obraz
przesuwa się do królewskiej sypialni. Korona krzywo wsadzona na
oparcie łóżka, płaszcz zarzucony na duży świecznik a berło w
ciżmie królewskiej, z pod której wystaje jakiś ważny dokument.
Tęczomił, w koszuli nocnej, szlafmycy – chrapie, sapie, gwiżdże.
Na fotelu, w pobliżu wyjścia, śpiący lokaj.)
Za nimi reszta w łóżkach się mości
-
TĘCZOMIŁ także usnął i chrapie!
Oj!!! Co się stanie z miastem
DOBROŚCI,
Gdy nikt złodziei DZWONU nie
złapie?
Może jak susły albo niedźwiedzie
Przez długie wieki będą tak
spali???
Chyba, że... ktoś im pomoże w
biedzie
I DZWON TĘCZOWY zagra z oddali.
(Kamera
pokazuje po kolei całą resztę uśpionego miasta Dobrości.
Zwierzątka, roślinki, ludzie – tęcza też jakby nieco bledsza.)
SCENA
VI.
(Na planie z
lewej - fragment zamku, brama, kołatka, bęben. Zza ścian
wydobywają się „senne” odgłosy.)
NARRATOR
Już rok upłynął pod łukiem tęczy
Jak DOBROŚCIANIE śpią snem z
kamienia.
Ten wzdycha, sapie, tamten znów
jęczy
I oprócz tego, nic się nie
zmienia.
(Obraz doliny. Gdzieś daleko -
dróżką wzdłuż strumienia, w kierunku mostu i zamku zbliża się
jakiś rycerz. Strój na nim piękny, koń pod nim też. Jadąc,
rozgląda się, mocno zdziwiony ciszą i brakiem oznak
jakiegokolwiek życia. Przeskakuje strumień, dojeżdża do
zamkniętej bramy zamku, zsiada z konia i kołacze.)
NARRATOR
Któregoś ranka, do bram DOBROŚCI,
Zapukał książę - TOMIWOJ CHWAT.
Do TĘCZOMIŁA przyjechał w gości,
Bo już nie widział go osiem lat.
Stoi i puka. Nic!!!
Tylko w ciszy,
To szmery słychać, to znów
chrapanie.
(Tomiwoj
puka coraz mocniej, w końcu głośno woła)
Hej, tam!!! Otwierać!!! Czy
ktoś mnie słyszy?
(i do siebie,
pytająco)
Czyżby pospali się DOBROŚCIANIE???
NARRATOR
Dłużej nie czeka. Otworzył bramę,
(Tomiwoj
przekracza ostrożnie bramę, wchodzi do zamku a widząc tylu
śpiochów, aż siada na ławie mocno zaskoczony.)
NARRATOR
Wszedł i... aż usiadł wielce
zdumiony.
(Tomiwoj nie
dowierzając - do siebie)
ŚPIĄ TUTAJ WSZYSCY - każdy w
piżamę
I w ciepłą pościel mocno wtulony.
(Wstaje z ławy
i zaczyna budzenie. Szturcha, ciągnie za nosy, szczypie. Efekt
żaden. Teraz przez chwilę się zastanawia a potem, z miną
sugerującą, że znalazł rozwiązanie, biegnie do bramy, skąd
przynosi bęben.)
NARRATOR
Więc, by ich zbudzić wziął bęben
wielki,
(Chodząc wkoło
łóżek rozpoczyna kanonadę)
NARRATOR
Potem godzinę tłukł weń i walił,
A skutek, można rzec, że
niewielki:
TOMIWOJ (zmęczony, odkłada bęben, chwilę
nasłuchuje i najpierw zrezygnowany)
Śpią dalej, ale
(zadowolony) CHRAPAĆ PRZESTALI.
(Widząc, że z
budzenia nici, rusza na poszukiwanie Tęczomiła. Po drodze
jednemu chowa wystającą, z pod pierzyny, nogę, drugiemu poprawia
poduszkę, trzeciego podnosi z podłogi i tak, drogą „dobrych
uczynków”, dochodzi do sypialni królewskiej.)
SCENA
VII.
(Sypialnia króla jak przedtem: z
łożem, świszczącym Tęczomiłem i królewskimi rekwizytami. Wchodzi
Tomiwoj i choć wie, że szansa znikoma, to jednak próbuje
obudzić króla. Potem rozgląda się i znajduje pod ciżmą jakiś
papier. Zdmuchuje z niego kurz, kicha, otrzepuje – chcąc usiąść
- fotel, kicha, siada, kicha, czyta, kicha, czyta, kicha,
czyta.)
NARRATOR
W sali tronowej - kurzem pokryta -
Uchwała jakaś pod berłem leży.
Wziął ją Tomiwoj, usiadł,
przeczytał.
TOMIWOJ (Wstaje, kicha, chodzi, kicha, ogląda
przez okno dzwonnicę i „eureka”. Teraz bardzo zadowolony, choć
zakichany, czyni odkrycie)
SEN - psiiik - jest skutkiem -
psiiik, psiiik - grabieży!!!
Wyruszam - psik, psik. Poradzę biedzie,
Bo gdy - psik - drogę TĘCZA
pokaże,
To koń - psik - szybko mnie - psik
- dowiedzie,
Gdzie dzwon - psik, psik, psik -
skryli zbrodniarze.
(wyciąga
olbrzymią chustkę, wyciera nos i podskakując wybiega z zamku.
Odwiązuje konia, poklepuje z czułością po karku –
odwzajemnieniem jest potężne kichnięcie rumaka. Odjeżdżają w
stronę, dziwnie ciemnego, horyzontu.)
SCENA
VIII
(Znów sceneria
jak w treści - ponura, ciemna, gęsta puszcza z drzewami jak u
Disney’a. Gałęzie – szpony, pełno wykrotów, latające nietoperze,
pohukujące sowy, wycie drapieżników a między chaszczami groźnie
błyskające ślepia)
NARRATOR
Gdzie dzika puszcza, ciemna i
głucha,
Gdzie gęstwa bagien, chaszczy i
krzaków,
Gdzie nikt, nikogo, nigdy nie
słucha -
Tam żyje banda wstrętnych
ZGRYŹLAKÓW.
(Kamera,
zostawiając las, odsłania plątaninę ruin, zniszczeń i brudu.
Pochmurne niebo a pod nim: zamek, mury, domy w mieście, most
przez bagna, żuraw w studni, jakaś kareta i, niemal na
centralnym miejscu, sławojka. Wszystko wygląda jak jedno wielkie
pobojowisko. Nie ma niczego w normalnym stanie.)
NARRATOR
Miejsce słynące, wśród leśnych
gości,
Ponurą sławą i złą opinią
Jest miastem ZŁOŚCI i NIEDOBROŚCI,
Gdzie wszyscy, wszystkim, zawsze
źle czynią.
Pokraczne domy, spękane ściany,
Drzwi bez zawiasów, rozbite szyby,
W krzesłach nóg nie ma, stół
połamany
I wszystko takie, jakieś ... na
niby.
(W takiej
scenerii ukazują się żywe istoty. Zwierzaki brudne, chude,
zaniedbane. Wszystko to gryzie, warczy, bodzie. Sytuacja wśród
ludzkich stworów podobna. Biją się, wrzeszczą, tłuką z proc do
okien, grają w karty, palą papierosy. Jedna postać, szczególnie
poobijana, w podartym i brudnym ubraniu przebiega pierwszym
planem i znika w głębi)
NARRATOR
W tym bałaganie , chmara
ZGRYŹLAKÓW
Kłóci się, szturcha, wyzywa, bije
-
Ten ma na twarzy siedem siniaków,
Tamten - pod stołem - też ledwo
żyje.
A WSZĘDZIE, dokąd by się nie
ruszyć,
Widać złe ślepia, wrzeszczące
gęby,
Włosy w nieładzie, sterczące uszy,
Dawno nie myte - dziurawe zęby.
(Najazd kamery
na fragment ruin. Przy pękniętej beczce – niczym przy stole –
dwaj osobnicy. Jeden – zwyczajny brudas, w połatanym ubraniu,
dziurawych skarpetach – siedzi na ziemi. Drugi – też brudny,
nieogolony, w kaftanie z dziurą na łokciu, również bez butów ale
za to z namiastką korony na rozczochranej głowie i złamanym
mieczem za pasem – niczym król siedzi na czymś, co do złudzenia
przypomina pęknięty sedes. Widać, że ten drugi jest ważniejszy.
Tuż za nim góra śmieci, z pod których wystaje część tęczowego
dzwonu. W czasie, gdy ważniejszy ogryza kość a mniej ważny się
oblizuje)
NARRATOR
I nikt, w tym mieście ZŁA, nie
pamięta,
Że pod gruzami, gdzie rdzawy złom,
Leży, skradziony przez Księcia
WSTRĘTA,
Z miasta DOBROŚCI - tęczowy DZWON.
WSTRĘT (Pokazuje kością za siebie i informuje –
trochę swojego towarzysza, trochę widzów. Wypowiadając drugi
wers odwraca głowę a kamera robi najazd na – moczącą grube
nogi w kałuży, wstrętną, tłustą, szczerbatą, z pryszczem na
nosie – babę)
Dzwon ten, ukradłem z namowy żony.
Sądziła bowiem sprytna
WSTRĘCIUCHA,
Że gdy zadzwoni - to
dźwięczne tony
Los nam odmienią
(zrezygnowany) - dzwon nie usłuchał.
Szkoda, bo gdyby
to się spełniło
I dźwięk cudowny na miasto
spłynął,
To może coś by TU się zmieniło
I zły charakter Zgryźlakom
minął???
(Sądząc po
głosie, chłopina ma najwyraźniej, tego wszystkiego, dość. Kamera
zostawia go i przemykając jeszcze przez niektóre fragmenty
miasta Złości, kieruje się w stronę szczątków bramy wjazdowej,
by „wyruszyć” na spotkanie jakiegoś przybysza. I faktycznie –
ktoś jedzie. Widzimy już, że jest to Tomiwoj. Kamera okrąża go i
zaczyna ukazywać obrazy widziane okiem naszego rycerza.)
SCENA
IX
(Droga pełna
wybojów, kałuż, nierówności, głazów. W tle zarysy jakiegoś
miasta i lasu. Obok bagno, w którym do połowy zatopiona jakaś
kareta. Wzdłuż drogi pełno śmieci, potłuczone naczynia, resztki
jedzenia, szmaty, kawałki szkła. Kilka kur szukających jedzenia,
chmary brzęczących komarów i much. Tomiwoj na, jeszcze trochę
kichającym, koniu dokonuje cudów, by ominąć wszystkie
przeszkody)
NARRATOR
TOMIWOJ trzeci dzień już na
szlaku.
Droga, co chwilę, bardziej ponura
-
Tu głaz, tam kępa ciernistych
krzaków,
A co kawałek przepaść lub dziura.
Mucha i komar frajdę tu mają,
Bo smrodek wszędzie i śmieci góry,
W których zawzięcie czegoś szukają
Wiecznie zgłodniałe, gdaczące
kury.
(TOMIWOJ
wjeżdża na pagórek, z którego już wyraźniej widać miasto
Niedobrości. Zwalnia, poklepuje konia i oddychając z ulgą,
ociera pot z czoła. W międzyczasie robi unik przed, atakującym
go, nietoperzem i - z jeszcze większą ulgą - stwierdza)
No! Ominąłem wreszcie to wszystko
I nie wdepnąłem
(ogląda buty) do żadnej biedy.
(Dostrzega przed sobą zamazany
zarys zamku i dwie niewyraźne sylwetki. Wpatruje się uważniej i
z ulgą stwierdza)
Jeszcze te gruzy!
(Spogląda
jeszcze raz i zauważa swoją omyłkę:)
Nie! To zamczysko!!!
A przed nim... jakieś... no
tak!... to ZGREDY!!!
(Jedzie w
stronę zamku. Zgredy wstają, w rękach mają sękate kije,
ustawiają się na środku drogi. Tomiwoj, zbliżając się, wyciąga
szpadę, zatrzymuję konia i, po kwestii narratora, krzyczy w
stronę ruin)
NARRATOR
Nasz Chwat zrozumiał, że jest u
celu,
Więc konia wstrzymał, wyciągnął
szpadę
A potem krzyknął:
TOMIWOJ
Ejże!!! WSTRĘCIELU!!!
Nie ujdziesz kary, gdy tam
dojadę!!!
(W tym czasie
Zgredy – strażnicy, niezbyt pewnie, zbliżają się wymachując
kijami i strojąc dziwne miny)
NRRATOR
Zgredy próbują zatrzymać Księcia.
Kijami straszą i zęby szczerzą
(Tomiwoj, gdy
ta rycerska para podchodzi, robi szybkie ciach, ciach. Ci mocno
zdziwieni i przestraszeni spoglądają na swoje ręce. Jednemu nic
się nie zostało, drugiemu kawałek sęka)
NARRATOR
A wtem: błysk ostrza - dwa szybkie
cięcia -
I już, te kije, w kawałkach leżą.
Zgred przerażony spojrzał na
Zgreda -
Łydki się trzęsą, trzęsą się
brody.
Zgred I
- (niepewnym głosem)
Jeśli tu zostać - może być bieda,
Zgred II
– (podobnie)
A jeśli uciec - nici z nagrody.
Zgred I
Tak jest niedobrze...
Zgred II
...tak - jeszcze gorzej!
(Spoglądają
teraz na siebie porozumiewawczo i wygląda na to, że wiedzą, co
robić. Kiwają sobie głowami i jeden – niczym starter –
rozpoczyna liczenie bez słów. Pokazuje jeden, dwa, wreszcie -
trzy palce, co daje sygnał do... ucieczki. Widać, że ten
rodzaj walki im odpowiada, bo jeden szybko znika w norze, drugi
w ruinach)
NARRATOR
Popatrzcie tylko na wstrętnych
tchórzy:
Jeden JUŻ ZNIKNĄŁ w borsuczej
norze -
Drugi TEŻ WIEJE, że aż się kurzy.
SCENA X
(Tomiwoj rusza
w stronę bramy. Omija, oglądając z niesmakiem, to, co zostało po
dawnym mieście i wjeżdża na teren zamku. W gruzach, ruinach, za
kolumnami, za resztkami mebli i zasłon widać, chowające się i
podglądające naszego bohatera, sylwetki)
NARRATOR
Teraz, bez przeszkód, TOMIWOJ
ruszył,
By znaleźć WSTRĘTA i jego drani.
TOMIWOJ (siedząc jeszcze na koniu, rozgląda się
pobieżnie i do siebie)
No, no! Dokoła ni żywej duszy -
Wszyscy po kątach gdzieś
pochowani.
(Teraz zsiada
i zaczyna obchód. Niczym w sali muzeum, ukazują się kolejne
eksponaty. Przewrócony tron, firany w strzępach, wielki stół i
ławy – wszystko zarzucone brudnymi naczyniami, resztkami
jedzenia. W kątach ścian pajęczyny z wielkimi pająkami a wokół
nich – „dzieła” snycerskie – zbroje. Żadna w całości, żadna nie
stoi prosto (są siedzące, są i leżące), na każdej rdza. Na
ścianach inne „dzieła” sztuki – malowidła. Obserwator ma teraz
niezłą zabawę, oglądając tę galerię maszkar – podobnie jak nasz
bohater, którego jednak, w pewnym momencie, coś zastanawia.
Zatrzymuje się, wraca do jednego z obrazów i uważnie mu się
przygląda. Portret przedstawia jakiegoś potargańca w krzywo
założonej koronie. Po zdmuchnięciu kurzu ukazuje się podpis –
„Książę Wstręt I”. TOMIWOJ czyta podpis, odwraca się lustrując
całe pomieszczenie a ponieważ nikogo nie zauważa, zwraca się
ponownie w stronę portretu i grożąc mu szpadą)
Niech ja cię dorwę!!!...
(A teraz
głośniej i w stronę „komnaty”)
...wychodź NIECNOTO,
(Rozgląda się
a gdy nikt nie wychodzi – zaczyna straszyć.)
Albo wypowiem takie ZAKLĘCIE,
Że miasto ZŁOŚCI pochłonie błoto -
BRUDNE, jak twoje myśli, ty
WSTRĘCIE!!!
Ty JEDEN będziesz po wierzchu
pływał!!!
W karze za twoje, nikczemne
sprawki,
Kąsać cię będą: ŻMIJA kąśliwa,
I cztery tłuste, czarne, PIJAWKI.
(Słychać teraz
jakieś skrobania, szurania, szelesty i pomruki. Z pod,
zwisającego ze stołu, „obrusa” ktoś się wygrzebuje. Robi
to tyłem do widza – bardzo niepewnie, niezdarnie i powoli. Gdy
się podnosi i odwraca w stronę Tomiwoja widać, że prawie wcale
nie przypomina postaci z portretu. Wygląda natomiast dokładnie
tak, jak go opisuje NARRATOR a kamera pokazuje)
NARRATOR
Po takiej groźbie - spod jakiejś
szmaty -
Najpierw wysuwa się wielka pięta,
Potem zad, plecy, czerep kosmaty
I oto mamy całego WSTRĘTA.
Ubranie w łatach, dziurawe łokcie,
Nos nie wytarty, wklęsłe policzki,
W szponiastych palcach - brudne
paznokcie,
A nóżki - niczym dwie chude
tyczki.
I w stronę Księcia idzie ta bida.
Ze strachu trzęsąc się
niesłychanie,
Bo wie, że jeśli wszystko się
wyda,
To może dostać solidne lanie.
WSTRĘT -
(trzęsącym głosem)
A co tam. Niech by nawet i kije,
NARRATOR
– (demaskując)
Spójrzcie, jak trzęsą mu się
nogawki ...
WSTRĘT
Wszystko ... lecz nie te
kąśliwe żmije
I nie te straszne - czarne
pijawki.
(Bardzo
niepewnie podchodzi do Tomiwoja, który patrzy (nie poznając
osoby z portretu) na niego z obrzydzeniem. Tomiwoj zatyka nos,
cofa się i, po wytarciu chustką ławy, siada)
NARRATOR
Stanął przed Księciem, ugiął
kolana.
Włosy, jak szczotka, sterczą na
głowie.
Już wie, że cała sprawa przegrana
I czeka teraz, co Książę powie???
TOMIWOJ
– (nadal nie poznaje Wstręta a...
wstręt, nadal w nim, rośnie. Do siebie)
Mamuniu droga!!! To jakaś zmora!!!
Od czubka głowy po końce pięt
Brudu aż gęsto... Paszcza
potwora...
Kim jesteś Ćwoku???
WSTRĘT – (bardzo niepewnie)
Jaaa... jestem... Wstręt.
TOMIWOJ (sadząc, że to charakterystyka a nie imię
– dlatego z dużą dawką ironii)
W życiu bym nie zgadł! Tyle to widzę!!!
(teraz
rozkazująco)
Sprowadź mi...
(i z
politowaniem)
“księcia”... tej KUPY ZŁA -
Chcę z nim rozmawiać - tobą się brzydzę!!!
WSTRĘT (kuli się, przysiada, w końcu klęka i
nieśmiało)
No właśnie... tego... to
właśnieee... jaa.
TOMIWOJ (nie bardzo przekonany – spogląda raz na
portret, raz na Wstręta i z niedowierzaniem)
To tyyyyy???...
(Wstręt
intensywnie kiwa głową potwierdzając. Tomiwoj jednak wstaje,
podchodzi do obrazu, porównuje go długo z oryginałem i po
wymownej przerwie – tak jakby przekonany)
...więc powiedz: jak mogłeś
Wstręcie
Skarb TAKI ukraść Tęczomiłowi???
Sądziłeś może, że w tym zamęcie,
Nikt się o sprawcy zbrodni nie
dowie???
(w trakcie
reprymendy Wstręt coraz bardziej potulnieje. Z kątów wysuwają
się jego poddani. Kamera robiąc objazd sali, zatrzymuje się
przez moment na oknie, za którym powoli gaśnie dzień. TOMIWÓJ
patrzy na to wszystko i robi mu się odrobinę żal wstrętnego
nieudacznika. Dlatego, już mniej groźnie, kontynuuje)
DRAŃSTWO ma przecież króciutkie
nogi,
I - jak wiesz - zawsze podlega
KARZE.
Dla DRANIA nie ma bezpiecznej
drogi,
Bo każdy chętnie TAKIEGO wskaże.
(zmrok coraz
większy, sylwetki w głębi – zamazują się)
Teraz
posłuchaj! Dziś nie, bo ciemno,
Lecz jutro rano, WSZYSCY
przykładnie
I... z CZYSTYM DZWONEM,
ruszacie ze mną -
Wszak TRZEBA ODDAĆ, to co się
kradnie!!!
Wiem, że Zgryźlaków prac czeka
dużo,
Bo dzwon ma błyszczeć! Żadniutkiej plamy!!!
I niech WYKĄPIĄ SIĘ przed podróżą!
TY TEŻ!!! A potem -
porozmawiamy!
(Wszyscy się
teraz rozchodzą w poczuciu ulgi i nadziei, że następny dzień
przyniesie nowe, lepsze zmiany. Wstręt coś jeszcze
uzgadnia ze Zgryźlakami, gdy Tomiwoj odchodzi w stronę swojego
konia. Noc, jaka teraz zapada, też jest jakaś lepsza, bo z
pomiędzy chmur przebija się nawet księżyc i pobłyskują gwiazdy.)
SCENA
XI
(Plac przed zamkiem. Krzątanina
jeszcze trwa, ale zmiany są już widoczne. Śmieci znikły. Pod
murem – ława. Na jej jednym końcu Tomiwoj – na drugim wypucowany
dzwon. Wstręt w tej samej, ale wyczyszczonej
odzieży, uczesany i czysty podchodzi do Tomiwoja, który każe mu
usiąść na głazie, przed sobą)
NARRATOR
Dzwon lśni - powoli kończy się
praca,
Już i paszczęka każda wymyta.
Wstręt także czysty. Do Księcia
wraca
A gdy już usiadł, TEN go zapytał:
TOMIWOJ
Powiedz mi teraz! Co was skłoniło,
By żyć jak bestie: wciąż ŹLE i
ŹLE?
I czy TU zawsze, tak wstrętnie
było???
No już!!! I nie KRĘĆ -
tłumacząc się!!!
(widać, że
Wstręt nie bardzo wie jak zacząć)
NARRATOR
WSTRĘT kark pochylił i przełknął
ślinę,
Chrząknął dwa razy, w ucho
podrapał
A potem, robiąc skruszoną minę,
Westchnął dość ciężko - wreszcie
wysapał:
(Wstręt, w
trakcie swojej „spowiedzi”, przejmuje rolę narratora. Po
pierwszym wersie jego twarz zanika a zaczynają ukazywać się
obrazy sytuacji, o których opowiada. Inny zamek, inny król,
dwóch małych chłopców: jeden blondyn, drugi czarny)
WSTRĘT
Kiedyś tym krajem rządził mój
dziadek.
Miał on dwóch synów - a choć
BLIŹNIACY,
Przez jakiś dziwny losu przypadek,
We wszystkim RÓŻNI: w zabawie, w
pracy ...
(Czarny na
koniu na biegunach, z szabelką przy boku i procą w kieszeni -
Blondyn ładnie uczesany, czytający bajkę. Za nim, na sztaludze,
nie dokończony obraz - obok Czarnego - pocięta poduszka,
rozsypane pierze i przestraszony kot, kulący się pod stołem)
Jeden rozrabia, drugi spokojny.
Ten wesół, tamten - istny bandyta.
CZARNEMU w głowie ... nic, tylko
wojny.
BLONDYN rysuje, bawi się, czyta.
(Król,
królowa, doradcy, dwór - narada. W powietrzu, nad ich głowami
przelatują rożne imiona typu: Mądromir, Złośniwój, Grzeczniuś,
Urwisław, Tęczomił, Szkaradyn, Milenuś, Diabloryn, itp.)
Rodzinie problem WYRÓSŁ nie lada -
(On się przy chrzcinach czasem
wyłania)
JAKIE IMIONA książętom nadać,
By pasowały do ...
zachowania?
Po trzech tygodniach wielkiej
narady,
Wynik był znany i ostateczny:
Dać urwisowi imię - SZKARADYN
A TĘCZOMIŁEM - niech zwie się
grzeczny.
(Stary król
stoi wraz z chłopcami w oknie zamku, przez które widać w oddali
skrzyżowanie dróg i dwuramienny drogowskaz. Jedno ramię wskazuje
drogę do kraju „Tęczy” - drugie do kraju „Złości i
Wzgórz Ponurych”. Tęczomiłek trzyma w ręku jakiś zwinięty
dokument – Szkaradyn, ze swojego, robi latawca i wypuszcza)
Potem każdemu z nich DZIADEK
wręczył
Swoje decyzje, w wyniku których,
Tęczomił w spadku dostał kraj
„TĘCZY” -
Szkaradyn - „ZŁOŚCI I WZGÓRZ
PONURYCH”
(Przeskok w
czasie i zmiana scenerii. Ponure niebo z błyskawicami, ponury
zamek na ponurych skałach, ponurzy ludzie. Mały Wstręcik w
piwnicy z myszmi i szczurami. Potargany, byle jak ubrany ale
sprawnie celujący z procy do, stojącej na półce, butelki. Część
gryzoni goni kota, inne buszują po wiszących szynkach i
kiełbasach. Wstręt narrator do Tomiwoja: )
Tam ŚWIAT ujrzałem. Fakt -
BYŁ PONURY.
Ojciec Szkaradyn wiecznie z kimś w
wojnie
A mnie bawiły MYSZY i SZCZURY,
Więc - jak sam widzisz - było
upiornie.
(Znów zmiana
scenerii. Ogród - na drzewie, w wypchanej owocami koszuli -
Wstręcik. W sąsiednim domu, w oknie wybita szyba.)
Nikt mnie nie uczył - znikąd
przykładu,
Ciągłe rozróby i bijatyki
Lub kradzież jabłek z cudzego sadu
I inne, równie podłe praktyki.
(Chwilowy powrót do
rzeczywistości. Wstręt - narrator wyciąga z kieszeni chusteczkę,
ociera kapiącą łzę, wyciera nos, wzdycha i kontynuuje
głosem, w którym można wyczuć pretensje i żal do losu:)
Po jakimś czasie, gdy lat
przybyło,
Chciałem odmienić swój los
pokrętny,
Lecz NIC - CO DOBRE - nie
wychodziło!!!
(teraz już
mocno zawiedziony)
Więc gdy ktoś WSTRĘTEM - to ma być
wstrętny???
Nie chciałem dłużej żyć w TAKIM
STANIE
I kiedy ROLA Wstręta mi zbrzydła -
(Powrót do
obrazów z opowieści. Wstręcik z tobołkiem na plecach zbliża się
do miasta Dobrości. Nad miastem tęcza a przed zamkiem czekający,
z otwartymi ramionami, uśmiechnięty, pyzaty stryj - król
Tęczomił)
Oddał mnie Ojciec na wychowanie
TĘCZOMIŁOWI - pod jego skrzydła.
GDY JUŻ przybyłem do zamku Tęczy,
Brudny i głodny, obdarty, bosy,
(Wstręcik w
kąpieli, u fryzjera)
Najpierw mnie ŁAŹNIARZ w kąpieli
męczył,
Następnie FRYZJER strzygł długo
włosy,
(Wstręcik u
lekarza i pielęgniarza)
LEKARZ bandażem owinął łokcie,
(Każdy - do krwi - był mocno
starty)
PIELĘGNIARZ obciął czarne
paznokcie
I nos mi sprawdził - czy jest
wytarty.
(Wstręcik
myjący zęby, ubierany, jedzący. Stół ładnie zastawiony ale
sztućce nie dotknięte. Mały obżartuch używa rąk i robi to
bardzo niechlujnie)
Kiedy, na koniec, zęby umyłem
SZEWC przyniósł buty, KRAWIEC -
ubrania,
KUCHARZ ... nie zdążył. Tak głodny
byłem,
Że w KUCHNI zjadłem DWA drugie
dania.
(Przytulna
komnata zamkowa. Łóżko, na szafce obok świeca - za oknem
wschodzący księżyc i grający swoje „dobranoc” - dzwon. Wstręcik
w łóżku, przebrany w piżamkę, zapatrzony, zasłuchany i cały
szczęśliwy)
Po dniu - gdy niebem księżyc już
kroczy
A noc SNEM spływa ze wszystkich
stron,
Gdy zamykają się senne oczy,
„DOBRANOC” nuci Tęczowy DZWON.
(Kiedy
uśmiechnięty Wstręcik zasypia, kamera dokonuje przeskoku w
czasie i powraca obraz „dziś” i widać, że duży Wstręt –
narrator, myślami jest bardzo daleko – w miejscu, o którym tak
ciepło przed chwilą mówił. Z poczuciem żalu – za minionym –
komentuje przeszłość)
Przenigdy dotąd TAK mi nie było!!!
Cicho, przytulnie i ...
dziwna sprawa -
Bez BÓJEK, KŁÓTNI a jednak MIŁO!!!
I nie wiedziałem
... sen to, czy jawa???
TAK upływały dni i tygodnie:
Raz pełne pracy, częściej radości
A co ważniejsze - zawsze pogodnie
-
Według zwyczajów miasta Dobrości.
(Teraz znów
wzdycha, macha ręką i z rosnącą złością na czyhające wtedy, na
niego i na sposobny moment ataku, wstrętne geny – kontynuuje)
Choć bardzo chciałem takiego życia
-
Spać nie dawała mi myśl przeklęta,
Że KIEDYŚ w końcu WYJDZIE z
ukrycia
Moja poprzednia natura WSTRĘTA.
NO I WYLAZŁA !!!
(Kamera
powraca do przeszłości. Wstręcik w zamku Tęczomiła. Już mniej
ładny – z siedzącym mu na ramieniu i szepczącym do ucha,
diabłem. Na podłodze zniszczone książki, doniczki, w oknie
wybita szyba i rozerwana firanka.)
Wszystko wróciło.
Śmiać się przestałem, zębów nie
myłem,
A to, co DOBRE, tak mnie złościło,
Że - na początek - pięć szyb
wybiłem.
Dalej już poszło!!! Wszystkim
kolegom
Z książek wyrwałem po trzy
stroniczki,
Potem zniszczyłem klocuszki Lego,
Z okien zrzuciłem wszystkie
doniczki.
(Mały Wstręt w brudnym i
zniszczonym ubraniu, potargany. Mur zamkowy cały w napisach i
rysunkach. Napisy z błędami typu „gróba śfinia, gópi Miłek”-
rysunki też wstrętne)
I „wzbogacałem” zamkowe płoty
W brzydkie rysunki i bohomazy -
A jeszcze gorsze - SUPER GŁUPOTY,
Pisałem czasem, po kilka razy.
(Jakaś sala w
zamku – ogólny bałagan, brudny dywan. W bardzo dużym akwarium
grzęda a na niej zmokłe kury. W kącie, na koszu wymoszczonym
słomą – obok zniesionych jaj – podrygujące ryby.)
W zeszytach kleksy, w skarpetach
dziury.
Gdzie czysty dywan - tam grudy
błota.
W kurnikach - ryby, w akwarium -
kury
I gdzie nie spojrzeć - MOJA
ROBOTA!!!
(Fragment
kuchni zamkowej, na piecu duży gar. Kucharz stoi przy stole,
odwrócony tyłem. Obok gara Wstręt z wiadrem smoły. W drzwiach
kuchni widać grupę chłopców - podobni do Wstręta - w rękach
trzymają proce. Jeden z nich kiwa ręką, przywołując naszego
rozrabiakę)
Raz, kiedy smołę lałem do zupy
Podeszło do mnie kilku chłopaków
Prosząc, bym został WODZEM ich
grupy.
I tak powstała ... BANDA
ZGRYŹLAKÓW.
(Jeszcze
szybki przegląd strat kuchennych i wypad do zdewastowanego
ogrodu zamkowego)
Teraz ZŁO rosło i rosły straty:
W kuchni talerzy brakuje już,
Pieprz zamiast cukru w dzbanku
herbaty,
W ogrodzie - grządka złamanych
róż...
(W oknie
zamkowym Tęczomił z lupą przy oku, wypatruje urwisów.)
Choć PRÓBOWANO - NIKT nas nie
złapał.
Aż wziął Tęczomił Tęczową LUPĘ,
Spojrzał i ...
(spostrzega
szalejącą „szarańczę” i gwałtownie kiwa na kogoś stojącego
wewnątrz komnaty. Na ten znak, podbiega ktoś w stroju agenta
grupy antyterrorystycznej, z dużą siatką na motyle w ręku i w
kominiarce na głowie)
... wezwał NIEGRZECZNOŁAPA
I kazał nakryć tę naszą grupę.
(Loch w zamku.
Grupa, podskakujących na boso, zgryźlaków. Miny nie tęgie, bo
pod stopami groch – przy drzwiach groźny Niegrzecznołap z rózgą
w ręku. Za nim, w głębi, kilka prycz – na każdej coś dziwnego)
Po trzech godzinach byliśmy w
lochu.
Tu nam kazano pościągać buty,
Następnie stanąć na twardym GROCHU
I podskakiwać STO TRZY minuty.
(Zbliżenie na prycze – teraz już
wyraźnie widać wystające z poduszek szkielety ryb a z kołder
sterczące kolce)
Straszna to kara, lecz odpoczynek
Był jeszcze gorszy, możesz mi
wierzyć -
PODUSZKA była z OŚCI sardynek -
KOŁDRA z kaktusów i kolców jeży.
(Poranek w
lochu. W drzwiach sędzia w peruce, w okularach, odczytujący
wyrok. Przed nim, wyciągnięci z łóżek, niewyspani
zgryźlacy. Jednemu, z włosów, wystaje ościsty ogon rybi, inny
wyciąga z siedzenia kolce a wszyscy się wszędzie drapią. Sędzia,
z surową miną, grozi każdemu z nich i wreszcie, wyciągniętą
ręką, wskazuje na drzwi w geście mówiącym „a teraz precz”)
I gdy sądziłem, że to KRES KARY
I że już krzywdy nikt nam nie
zrobi -
Wyrok odczytał SAM SĘDZIA STARY
I tym kompletnie każdego DOBIŁ
Najbardziej jednak MNIE zrzedła
mina,
Bo nie skazano nas na tortury,
Ale na powrót ... - do Szkaradyna
-
Do kraju ZŁOŚCI I WZGÓRZ PONURYCH.
(Kamera wraca
do „dziś”. Tomiwoj z miną pt. „wiedziałem, że tak będzie” –
Wstręt zrezygnowany)
A
dalej???... SZKODA każdego słowa!
Przeszłość, jak zadra, na sercu
leży!
Gdy o niej myślę - boli mnie głowa
-
Powiem więc tylko o tej kradzieży.
(Ponownie
ruiny zamku Złości. „Wstrętna” społeczność porozkładana po
kątach, wyraźnie znudzona. Na imitacji tronu, przy ścianie, pod
swoim portretem – zamyślony Wstręt. Obok niego Wstręciucha - coś
mówi, gestykuluje, namawia. WSTRĘT – NARRATOR:)
PO WIELU LATACH od wyjścia z
miasta
Kiedy byliśmy SOBĄ zmęczeni
A ZŁO miast znikać - zaczęło
wzrastać,
Zacząłem myśleć: JAKBY TO
ZMIENIĆ???
Lecz nie wpadało mi nic do głowy,
A gdy W POPRAWĘ przestałem wierzyć
-
Mej żonie przyśnił się DZWON
TĘCZOWY
I... namówiła mnie do kradzieży.
(Cytując
małżonkę, głos mu przechodzi w złośliwie brzmiący falset)
„Jak nim zadzwonię” - tak
powiedziała -
„Droga do TĘCZY nam się odsłoni”.
No więc zrobiłem jak mi kazała
I ... figa z makiem. Dzwon nie
zadzwonił.
(Znów „dziś”.
Tomiwoj przytakuje, gdy Wstręt - jak każdy Polak – mądry jest
oczywiście po szkodzie)
Dziś wiem, że byłem zwyczajnie
głupi,
Wierząc w tę kradzież. Gamoń, to
gamoń!!!.
Szczęścia nie można
skraść, ani kupić
A jak zasłużysz – znajdzie cię
samo.
(i z odrobiną
ulgi:)
Od tamtej pory dziwnie się czuję,
Bo coś jak kolec na sercu siedzi.
Dopiero teraz - choć jeszcze kłuje
-
Troszeczkę LŻEJ MI po tej
spowiedzi”.
SCENA
X
(Wyjście z
miasta Złości. Na pierwszym planie Tomiwoj - siedząc na
koniu kontroluje wymarsz. Obok niego – stojąc – Wstręt. Przed
nimi przejeżdża wóz z tęczowym dzwonem, ciągnięty przez
Zgryźlaków. Obok wozu dwaj „asekuranci” do ewentualnego
podtrzymywania dzwonu. Za wozem reszta. Jedni pieszo, inni
jadą na kozach - nogami przebierając po ziemi. Daleko za nimi
potężny baran a na nim Wstręciucha)
NARRATOR
Wyrusza pochód - dzwon już na
wozie,
Tomiwoj z Wstrętem jadą na
przedzie.
Zgryźlaki w parach - każdy na
KOZIE
A na... BARANIE Wstręciucha
jedzie.
(Baran jest
odrobinę narowisty, dlatego nasza amazonka, mniej na nim siedzi
– częściej leży, z twarzą zwróconą w stronę, znikającej krainy
Złości i dobrze widocznego, baraniego zadu. Jedną ręką trzyma
się ogona, drugą masuje „kręgosłup”)
Dzwon podtrzymując jadą powoli.
Wstręciucha z tyłu. Co chwilę
spada...
WSTRĘCIUCHA (masując się wolną ręką, płaczliwym
głosem)
Jaaa juuuż nie mogę... pupa mnie
boli...
Takam choreńka..., słabieńka...,
blada...
Mnie dać barana!!! A gdzie
lektyka,
Która przystoi wiotkiej
kobiecie???
(W tym
momencie rozlega się gromki śmiech zgryźlaków. Słysząc to,
Wstręciucha najpierw z lekceważeniem i politowaniem o
mężczyznach - potem z rezygnacją o sobie: )
Zero szacunku!!! A ja taaak brykam
I znoszę męki na twardym
grzbiecie?
(Karna
pielgrzymka wędruje. Krajobraz zmienia się stopniowo na lepszy,
podobnie jak humory wszystkich... no może z jednym wyjątkiem.
Wstrętny Babsztyl jest dokładnie sponiewierany i zły na cały
świat a szczególnie na Zgryźlaków, których bolą... szczęki od
okazywanego jej współczucia)
SCENA
XI
(Okolica
jeszcze ładniejsza. Dolina pełna ożywających kwiatów. Droga, po
której idą, ginie w, widocznym daleko, lesie. Między
wierzchołkami drzew zarys wież zamkowych miasta Dobrości a nad
nimi delikatny łuk tęczy. Zgryźlacy pokazują ją sobie. Nad nimi
w „dymkach” okrzyki: „hurra”, „patrzcie, patrzcie”, „o tęcza”,
„widać wieże”)
NARRATOR
Są już w dolinie. Jeszcze
las, rzeka
I będzie widać miasto Dobrości!
A tam??? Co JESZCZE
Zgryźlaków czeka
W trudnym powrocie do NORMALNOŚCI?
Fakt!!! Nic pewnego...
lecz idą raźnie
A choć przyszłości jeszcze nie
znają,
To nastrój zmienił się im
wyraźnie.
No i... słyszycie???... oni śpiewają!
(piosenka)
Droga, choć długa, wcale nie
męczy.
Jeśli cel dobry i chęci też,
Każdy dojść może do swojej Tęczy -
Gepard, słoń, myszka, ślimak czy
jeż.
Więc kiedy, kiedyś, znudzi cię
nuda -
Wygodny poziom zamień na pion
I dopędź życie - choćby po
grudach!
Nagrodą będzie... tęczowy
dzwon!!!
Nie licz, że ktoś cię w walce
wyręczy,
W której pech dusi a kusi czart.
Lecz jeśli dojdziesz do swojej
Tęczy,
Będziesz już wiedział ileś jest
wart.
(Obraz dzwonu.
Coś się z nim dzieje. Z wnętrza wyskakują kolorowe nutki, które
ulatując w stronę lasu i tęczy, tworzą dźwięki - te stopniowo
rosną i przechodzą w pieśń z początku bajki)
NARRATOR
Nagle - cud jakiś!!! - DIN DON,
DIN DON -
Dźwięczna melodia w dolinę spływa.
To swoim „WITAJ” - tęczowy
dzwon
Oznajmia miastu, że już przybywa.
(Obraz jak z
kamery umieszczonej w samolocie lecącym tuż za drugim, tyle
tylko, że jego miejsce, wypełnia ciąg kolorowych nutek, lecących
w kierunku Miasta Dobrości. Śpiochy jeszcze śpią ale ich uszy
zaczynają się poruszać, jakby coś do nich docierało. Po chwili
„pracę” zaczynają ciężkie powieki. Następuje stopniowo ogólna
pobudka i przeciąganie - Tęczomił, Dobrościanie, kot, myszy,
ptaki. Tęcza i kwiaty odzyskują dawne kolory. Tęczowa pieśń ,
początkowo dominująca, stopniowo cichnie przechodząc do roli
tła)
NARRATOR
To, co UŚPIONE - teraz się BUDZI,
Przeciera oczy, przeciąga, wstaje.
Kwiaty już pachną, słychać śmiech
ludzi
A TĘCZA ZNOWU wisi nad krajem.
SCENA
XII
(Sala tronowa.
Na tronie, w otoczeniu dworu i Dobrościan - Król Tęczomił. Obok
niego Tomiwoj a przed nimi - niepewni wyroku - Wstręt,
Wstręciucha i reszta Zgryźlaków. Przeskok kamery na okno, za
którym dzwonnica ze swoją tęczową zawartością. Tęczomił
zamyślony)
NARRATOR
Wstręt, u stóp tronu, stoi w
pokłonie -
CZEKA POKORNIE na rozgrzeszenie.
Właśnie ZAKOŃCZYŁ spowiedź o
dzwonie
Prośbą o łaskę i PRZEBACZENIE.
Czy je otrzyma? Kto wie? Bo winy
Są przeogromne i jeszcze świeże,
Więc trudno wysnuć z królewskiej
miny,
Jaki kierunek sprawa obierze.
(Kamera
wchodzi między zgryźlaków a widzom, po raz pierwszy, ukazują się
oni jako normalni mieszkańcy grodu - nie są już wstrętni. Na
zapraszający gest króla, zbliżają się i ustawiają dookoła
tronu.)
Kiedy wysłuchał król Wstręta mowy,
Dość długo potem, w milczeniu,
siedział.
Potem koronę zdjął z czubka głowy,
Poprawił grzywkę i tak powiedział:
(Tęczomił
potwierdza teraz swoją mądrość i dobroć. Cała mowa i decyzje w
niej zawarte spotykają się z widoczną (kiwanie głowami) aprobatą
zarówno dworu, jak i zgryźlaków. Tutaj – podobnie jak w każdej
regule – też znajdziemy drobny wyjątek)
TĘCZOMIŁ
Kto nie ma wsparcia, ma dużo biedy
I nie raz - bywa - na kark poleci.
A tak, NAJCZĘŚCIEJ, dzieje się
wtedy,
Gdy świat dorosłych
NIE DBA O DZIECI !!!
Zło, w tym przypadku, znalazło
lukę -
Szkaradyn nie miał dla syna czasu.
Więc, co się dziwić, że PO NAUKĘ
Musiał Wstręciuszek biegać DO
LASU.
Co było dalej - wiemy dokładnie!!!
Jak chwasty, ZŁO się zaczęło
plenić.
Dziś wreszcie kamień z serca mi
spadnie,
Bo - jak rozumiem - CHCECIE SIĘ
ZMIENIĆ.
(Teraz do
Wstręta:)
Cieszy mnie Wstręcie TAKA postawa,
Toteż przychylam się do twych
próśb.
Od dziś zamknięta ta WSTRĘTNA
sprawa -
NIE BĘDZIE gderań, pretensji,
gróźb.
Twoi Zgryźlacy, JAKO dzwonnicy,
Zajmować będą się dzwonem Tęczy.
Wstręciucha w kuchni. No tam... -
w piwnicy.
Będzie kucharką! - niech więc nie
jęczy.
Wraz z kuchcikami będzie nas
karmić.
Tylko porządnie!!! Nie
samym CIASTEM!!!
Ty zaś, zostaniesz WODZEM mej
armii
I czuwać będziesz nad całym
miastem.
CZAS, by do normy wszystko
wróciło.
Niech złe wspomnienia ODLECĄ w
dal,
No i - by sprawę zakończyć miło -
Wyprawię jutro TĘCZOWY BAL.
A NA POCZĄTKU - gdy dzwon zadzwoni
-
Niech WSZYSCY TUTAJ
będą gotowi,
W hołdzie dziękczynnym głowy
pokłonić
I...??? po...
(wypowiadając
pierwszą sylabę prowokuje poddanych do dokończenia podziękowań.
Tomiwoj potężnie wzruszony, gdy Dobrościanie i Zgryźlacy zgodnym
chórem)
...dzię…ko…wać
TO...MI...WO...JO...WI !!!
TĘCZOMIŁ
Właśnie!!! A potem BAL aż do
rana
Pełen muzyki, tańca, radości
I strzelających korków szampana
Za ROZTĘCZONE miasto Dobrości.
- -
- - - - -
- - - -
(Noc. Nad
miasto Dobrości i zamek wschodzi księżyc. Migocą gwiazdy i
rozbłyskują sztuczne ognie. Zamek rozświetlony - przez okna
widać tańczące pary. Słychać muzykę, w którą delikatnie wplatają
się dźwięki dzwonu. Teraz ukazuje się dzwonnica z rozhuśtanym
dzwonem, pod którą straż trzymają dwaj Zgryźlacy. Srebrny i
uśmiechnięty księżyc wędruje niebem aż usadawia się gdzieś
pośrodku między zamkiem a dzwonnicą i puszcza do wszystkich
figlarne „oko”. Od tej chwili, cały obraz bardzo powoli odjeżdża
w głąb. Kontury zamku i miasta stopniowo zanikają.
Muzyka przycicha a narrator, powoli opuszczając scenę, wypowiada
kończącą kwestię, po której - również powoli - zapada zmrok)
AUTOR
Było wspaniale - sam to widziałem.
Lecz, czy to prawda??? Nie mogę
ręczyć,
Bo może tylko sen taki miałem
O mieście DOBRA pod łukiem tęczy
???
Koniec.
..-..
..-.. ..-..
..-.. ..-.. ..-..
..-.. ..-..
|