I.
Pod łukiem tęczy, w kwietnej dolinie,
Gdzie wonną trawą wiatr ziemię mości
A środkiem strumyk szemrzący płynie
Wyrosło kiedyś miasto DOBROŚCI.
W herbie ma barwne, TĘCZOWE znaki,
W hymnie śpiew ptaków TĘCZOWO dźwięczy,
A przed bramami TĘCZOWE maki
Witają gości w tym grodzie TĘCZY.
W centrum się wznosi zamek
TĘCZOWY.
Na krańcach murów TĘCZOWE wieże,
No i dzwonnica. W niej - DZWON TĘCZOWY,
Co DOBRA miasta CZARAMI strzeże.
A ma ON tyle cudownej MOCY,
Że ten, kto dzwonu usłyszy tony,
Jest w dzień - szczęśliwy, spokojny w nocy
I przez rok cały - zadowolony.
II.
Dziś, rzecz przedziwna, bo DOBROŚCIANIE
Wstali dość późno. Bolą ich głowy
I wszystkich dręczy jedno pytanie:
Dlaczego zamilkł ich DZWON TĘCZOWY???
W tronowej sali, w złotej
koronie,
TĘCZOMIŁ MĄDRY - król dobrotliwy,
Siedzi na swoim TĘCZOWYM tronie
I też jest smutny i nieszczęśliwy.
Wszak tuż nad ranem, dowódca
straży,
Przyniósł wiadomość straszliwej treści:
W nocy był napad. Oddział zbrodniarzy
Skradł dzwon i przepadł bez żadnej wieści.
Co teraz robić? Jak znaleźć
zgraję?
I co się z miastem DOBROŚĆI stanie?
Jak dalej rządzić bezradnym krajem,
Gdy tacy smutni są DOBROŚCIANIE???
III.
Zwołał TĘCZOMIŁ naradę wielką,
Na której zgodnie postanowiono,
Żeby, nie gardząc pomocą wszelką,
Ustalić dokąd dzwon wywieziono.
Potem należy skarb ten
odzyskać,
A zbójów winnych straszliwej zbrodni
Wychłostać rózgą, błotem opryskać,
Na koniec zamknąć na tydzień w chłodni
I kiedy zmienią się w czarne
sople,
Niech z kraju lodu JĘDZA przyleci,
Żeby ich zabrać na swojej miotle
Do czarnej jamy pod górą ŚMIECI.
No tak! Plan dobry! Lecz
dzwonu nie ma
I NIKT do działań nie ma ochoty.
Łóżko im w głowie - chce im się drzemać,
Jak to zrobiły myszy i koty.
Teraz już reszta w łóżkach
się mości -
TĘCZOMIŁ także usnął i chrapie!
Oj!!! Co się stanie z miastem DOBROŚCI,
Gdy nikt złodziei DZWONU nie złapie?
Może jak susły albo niedźwiedzie
Przez długie wieki będą tak spali???
Chyba, że... ktoś im pomoże w biedzie
I DZWON TĘCZOWY zagra z oddali.
IV.
Już rok upłynął pod łukiem tęczy
Jak DOBROŚCIANIE śpią snem z kamienia.
Ten wzdycha, sapie, tamten znów jęczy
I oprócz tego, nic się nie zmienia.
Któregoś ranka, do bram
DOBROŚCI,
Zapukał książę - TOMIWOJ CHWAT.
Do TĘCZOMIŁA przyjechał w gości ,
Bo już nie widział go osiem lat.
Stoi i puka. Nic!!! Tylko w
ciszy,
To szmery słychać, to znów chrapanie.
Stuka raz drugi. Znów nikt nie słyszy!!!
Czyżby pospali się DOBROŚCIANIE???
Dłużej nie czeka. Otwiera
bramę,
Wchodzi i widzi wielce zdumiony,
Że śpią tu WSZYSCY - każdy w piżamę
I w ciepłą pościel mocno wtulony.
Więc, by ich zbudzić wziął
bęben wielki,
Potem godzinę tłukł weń i walił,
A skutek, można rzec, że niewielki:
Śpią dalej, tylko ... CHRAPAĆ PRZESTALI.
- - - - - - - - - -
W sali tronowej - kurzem
pokryta -
Uchwała jakaś pod berłem leży.
Wziął ją Tomiwoj, usiadł, przeczytał.
Już wie, że SEN TEN - skutkiem grabieży!!!
I wie, że zaraz poradzi
biedzie,
Bo gdy mu drogę TĘCZA pokaże
To, nie zwlekając, zaraz pojedzie,
Tam, gdzie dzwon skryli podli zbrodniarze.
V.
Gdzie dzika puszcza, ciemna i głucha,
Gdzie gęstwa bagien, chaszczy i krzaków,
Gdzie nikt, nikogo, nigdy nie słucha -
Tam żyje banda wstrętnych ZGRYŹLAKÓW.
Miejsce słynące, wśród
leśnych gości,
Ponurą sławą i złą opinią
Jest miastem ZŁOŚCI i NIEDOBROŚCI,
Gdzie wszyscy, wszystkim, zawsze źle czynią.
Pokraczne domy, spękane
ściany,
Drzwi bez zawiasów, rozbite szyby,
W krzesłach nóg nie ma, stół połamany
I wszystko takie, jakieś ... na niby.
W tym bałaganie , chmara
ZGRYŹLAKÓW
Kłóci się, szturcha, wyzywa, bije -
Ten ma na twarzy siedem siniaków,
Tamten - pod stołem - też ledwo żyje.
A WSZĘDZIE, dokąd by się nie
ruszyć,
Widać złe ślepia, wrzeszczące gęby,
Włosy w nieładzie, sterczące uszy,
Dawno nie myte - dziurawe zęby.
I nikt, w tym mieście ZŁA,
nie pamięta,
Że pod gruzami, gdzie rdzawy złom,
Leży, skradziony przez zbója WSTRĘTA,
Z miasta DOBROŚCI - tęczowy DZWON.
Dzwon ten, Wstręt ukradł z
podszeptu żony.
Sądziła bowiem sprytna WSTRĘCIUCHA,
Że gdy zadzwoni - to dźwięczne tony
Los im odmienią ... lecz dzwon nie słucha.
Więc postukują żelaznym
prętem,
Kiwając - dźwięków szukają wszędzie.
W końcu pojęli - WSTRĘCIUCHA z WSTRĘTEM -
Że dzwon, ZŁYM LUDZIOM, dzwonić nie będzie!!!
Szkoda, bo gdyby to się
spełniło
I dźwięk cudowny na miasto spłynął,
To może coś by W NICH się zmieniło
I zły charakter Zgryźlakom minął???
VI.
TOMIWOJ trzeci dzień już na szlaku.
Droga, co chwilę, bardziej ponura -
Tu głaz, tam kępa ciernistych krzaków,
A co kawałek przepaść lub dziura.
Mucha i komar frajdę tu
mają,
Bo smrodek wszędzie i śmieci góry,
W których zawzięcie czegoś szukają
Wiecznie zgłodniałe, gdaczące kury.
Jakoś ominął wreszcie to
wszystko
I już szczęśliwy, że uszedł biedy,
Ujrzał, w ruinach jakieś zamczysko
I dwa, stojące na straży, ZGREDY.
Nasz Chwat zrozumiał, że
jest u celu,
Więc konia wstrzymał, wyciągnął szpadę
A potem krzyknął: "Hej! Ty WSTRĘCIELU!!!
Nie ujdziesz kary, gdy tam dojadę!!!"
Zgredy próbują zatrzymać
Księcia.
Kijami straszą i zęby szczerzą
A wtem: błysk ostrza - dwa szybkie cięcia -
I już, te kije, w kawałkach leżą.
Zgred przerażony spojrzał na
Zgreda -
Łydki się trzęsą, trzęsą się brody.
Jeśli zostaną - może być bieda,
Jeśli uciekną - nici z nagrody.
Tak jest niedobrze, tak -
jeszcze gorzej!
Lecz, jak to bywa wśród wstrętnych tchórzy:
Jeden JUŻ ZNIKNĄŁ w borsuczej norze -
Drugi TEŻ WIEJE, że aż się kurzy.
VII.
Teraz, bez przeszkód, TOMIWOJ ruszył,
By znaleźć WSTRĘTA i jego drani.
Idzie, lecz wkoło ni żywej duszy -
Wszyscy po kątach gdzieś pochowani.
Więc woła głośno: "wychodź
NIECNOTO,
Albo wypowiem takie ZAKLĘCIE,
Że miasto ZŁOŚCI pochłonie błoto -
BRUDNE, jak twoje myśli, ty WSTRĘCIE!
Ty JEDEN będziesz po wierzchu pływał!!!
W karze za twoje, nikczemne sprawki,
Kąsać cię będą: ŻMIJA kąśliwa,
I cztery tłuste, czarne, PIJAWKI."
Po takiej groźbie - spod
jakiejś szmaty
Najpierw wysuwa się wielka pięta,
Potem zad, plecy, czerep kosmaty
I oto mamy całego WSTRĘTA.
Ubranie w łatach, dziurawe
łokcie,
Nos nie wytarty, wklęsłe policzki,
W szponiastych palcach - brudne paznokcie,
A nóżki - niczym dwie chude tyczki.
I w stronę Księcia idzie ta
bida.
Ze strachu trzęsie się niesłychanie,
Bo wie, że jeśli draństwo się wyda,
To może dostać solidne lanie.
"A co tam. Niech by nawet
i kije" -
Choć na myśl samą, drżą mu nogawki -
"Wszystko ... lecz nie te kąśliwe żmije
I nie te straszne - czarne pijawki".
VIII.
Stanął przed Księciem, ugiął kolana.
Włosy, jak szczotka, sterczą na głowie.
Już wie, że cała sprawa przegrana,
Więc czeka teraz, co Książę powie???
Tomiwój na to: "Jak
mogłeś Wstręcie
Skarb TAKI ukraść Tęczomiłowi???
Sądziłeś może, że w tym zamęcie,
Nikt się o sprawcy zbrodni nie dowie???
DRAŃSTWO ma przecież
króciutkie nogi,
I - jak wiesz - zawsze podlega KARZE.
Dla DRANIA nie ma bezpiecznej drogi,
Bo każdy chętnie TAKIEGO wskaże.
Teraz posłuchaj! Dziś
nie, bo ciemno,
Lecz jutro rano TO wam przypadnie:
Wszyscy WRAZ Z DZWONEM ruszacie ze mną -
Wszak TRZEBA ODDAĆ, to co się kradnie!!!
Twoich Zgryźlaków prac
czeka dużo,
Bo dzwon ma błyszczeć! Żadniutkiej plamy!
I niech WYKĄPIĄ SIĘ przed podróżą!
TY TEŻ!!! A potem - porozmawiamy!"
IX.
Dzwon lśni - powoli kończy się praca,
Już i paszczęka każda wymyta.
Wstręt także czysty. Do Księcia wraca
A gdy już usiadł, TEN go zapytał:
"Powiedz mi, proszę, co
was skłoniło,
By żyć jak bestie: wciąż ŹLE i ŹLE?
I czy TU zawsze, tak wstrętnie było???
Mów!!! No i nie kręć - tłumacząc się!!!"
WSTRĘT kark pochylił i
przełknął ślinę,
Chrząknął dwa razy, w ucho podrapał
A potem, robiąc skruszoną minę,
Westchnął dość ciężko - wreszcie wysapał:
"Kiedyś tym krajem
rządził mój dziadek.
Miał on dwóch synów - a choć BLIŹNIACY,
Przez jakiś dziwny losu przypadek,
We wszystkim RÓŻNI: w zabawie, w pracy ...
Jeden rozrabia, drugi spokojny.
Ten wesół, tamten - istny bandyta.
CZARNEMU w głowie ... nic, tylko wojny.
BLONDYN rysuje, bawi się, czyta.
- - - - - - - - -
Rodzinie problem WYRÓSŁ nie
lada,
(On się przy chrzcinach czasem wyłania),
Bo JAKIE IMIĘ każdemu nadać,
By pasowało do ... zachowania?
Po trzech tygodniach wielkiej narady,
Wynik był znany i ostateczny:
Dać urwisowi imię - SZKARADYN
A TĘCZOMIŁEM - niech zwie się grzeczny.
Potem każdemu z nich
DZIADEK wręczył
Swoje decyzje, w wyniku których,
Tęczomił w spadku dostał kraj "TĘCZY" -
Szkaradyn - "ZŁOŚCI I WZGÓRZ PONURYCH".
- - - - - - - - - -
Tam ŚWIAT ujrzałem. Fakt - BYŁ PONURY.
Ojciec Szkaradyn wiecznie z kimś w wojnie
A mnie bawiły MYSZY i SZCZURY,
Więc - jak sam widzisz - było upiornie.
Nikt mnie nie uczył -
znikąd przykładu,
Ciągłe rozróby i bijatyki
Lub kradzież jabłek z cudzego sadu
I inne, równie podłe praktyki.
- - - - - - - - - -
Po jakimś czasie, gdy lat
przybyło,
Chciałem odmienić swój los pokrętny,
Lecz NIC - CO DOBRE - nie wychodziło!!!
Więc gdy ktoś WSTRĘTEM - to ma być wstrętny???
Nie chciałem dłużej żyć w TAKIM STANIE!!!
Kiedy już ROLA Wstręta mi zbrzydła -
Oddał mnie Ojciec na wychowanie
TĘCZOMIŁOWI - pod jego skrzydła.
GDY JUŻ przybyłem do
zamku Tęczy,
Brudny i głodny, obdarty, bosy,
Najpierw mnie ŁAŹNIARZ w kąpieli męczył,
Następnie FRYZJER strzygł długo włosy,
LEKARZ bandażem owinął łokcie,
(Każdy - do krwi - był mocno starty)
PIELĘGNIARZ obciął czarne paznokcie
I nos mi sprawdził - czy jest wytarty.
Kiedy, na koniec, zęby
umyłem,
SZEWC przyniósł buty, KRAWIEC - ubrania,
KUCHARZ ... nie zdążył. Tak głodny byłem,
Że w KUCHNI zjadłem DWA drugie dania.
- - - - - - - - - -
Po dniu - gdy niebem księżyc już kroczy
A noc SNEM sypie ze wszystkich stron,
Gdy zamykają się senne oczy,
"DOBRANOC" nuci Tęczowy DZWON.
Przenigdy dotąd TAK mi
nie było!!!
Cicho, przytulnie i ... dziwna sprawa -
Bez BÓJEK, KŁÓTNI a jednak MIŁO!!!
I nie wiedziałem ... sen to, czy jawa???
TAK upływały dni i tygodnie:
To pełne pracy, to znów radości
A co ważniejsze, że zawsze zgodnie
Ze zwyczajami miasta Dobrości.
- - - - - - - - - -
Choć bardzo chciałem
takiego życia -
Spać nie dawała mi myśl przeklęta,
Że KIEDYŚ w końcu WYJDZIE z ukrycia
Moja poprzednia natura WSTRĘTA.
NO I WYLAZŁA !!! Wszystko wróciło.
Śmiać się przestałem, zębów nie myłem,
A to, co DOBRE, tak mnie złościło,
Że - na początek - pięć szyb wybiłem.
Dalej już poszło!!!
Wszystkim kolegom
Z książek wyrwałem po trzy stroniczki,
Potem zniszczyłem klocuszki Lego,
Z okien zrzuciłem wszystkie doniczki.
I
"wzbogacałem" zamkowe płoty
W brzydkie rysunki i bohomazy -
A jeszcze gorsze - SUPER GŁUPOTY,
Pisałem czasem, po kilka razy.
W zeszytach kleksy, w
skarpetach dziury.
Gdzie czysty dywan - tam grudy błota.
W kurnikach - ryby, w akwarium - kury
I gdzie nie spojrzeć - MOJA ROBOTA!!!
- - - - - - - - - -
Raz, kiedy smołę lałem do zupy
Podeszło do mnie kilku chłopaków
Prosząc, bym został WODZEM ich grupy.
I tak powstała ... BANDA ZGRYŹLAKÓW.
Teraz ZŁO rosło i rosły
straty:
W kuchni talerzy brakuje już,
Pieprz zamiast cukru w dzbanku herbaty,
W ogrodzie - grządka złamanych róż.
Choć PRÓBOWANO - NIKT nas nie złapał.
Aż wziął Tęczomił Tęczową LUPĘ,
Spojrzał i... wezwał NIEGRZECZNOŁAPA
I kazał złapać tę naszą grupę.
Po trzech godzinach
byliśmy w lochu.
Tu nam kazano pościągać buty,
Następnie stanąć na twardym GROCHU
I podskakiwać STO TRZY minuty.
Straszna to kara, lecz odpoczynek
Był jeszcze gorszy, możesz mi wierzyć -
PODUSZKA była z OŚCI sardynek -
KOŁDRA z kaktusów i kolców jeży.
Kiedy sądziłem, że to
KRES KARY
I że nikt krzywdy nam już nie zrobi -
Wyrok odczytał SAM SĘDZIA STARY
I tym kompletnie każdego DOBIŁ.
Najbardziej jednak MNIE zrzedła mina,
Bo nie skazano nas na tortury,
Lecz na wygnanie - do Szkaradyna -
Do kraju ZŁOŚCI I WZGÓRZ PONURYCH.
A dalej??? SZKODA każdego
słowa
O tym powrocie do MOICH stron.
Gdy to wspominam - boli mnie głowa,
Więc powiem tylko, JAK SKRADŁEM dzwon.
- - - - - - - - -
PO WIELU LATACH od wyjścia z miasta
Gdy już byliśmy SOBĄ zmęczeni
A ZŁO miast znikać - zaczęło wzrastać,
Zacząłem myśleć: jakby TO ZMIENIĆ???
Lecz nie wpadało mi nic
do głowy,
A gdy W POPRAWĘ przestałem wierzyć -
Mej żonie przyśnił się DZWON TĘCZOWY
I namówiła mnie do kradzieży.
"Jak
nim zadzwonię" - tak powiedziała -
"Droga do TĘCZY wnet się odsłoni".
No więc zrobiłem jak mi kazała
I ... figa z makiem. Dzwon nie zadzwonił.
Od tamtej pory dziwnie
się czuję,
Bo coś jak kolec na sercu siedzi.
Dopiero teraz - choć jeszcze kłuje,
Troszeczkę LŻEJ MI po tej spowiedzi".
X.
Wyrusza pochód - dzwon już na wozie,
Tomiwoj z Wstrętem jadą na przedzie,
Zgryźlaki z tyłu - każdy na KOZIE
A na BARANIE Wstręciucha jedzie.
Dzwon podtrzymując jadą
powoli.
Wstręciucha cztery razy już spadła -
Teraz narzeka: to... pupa boli,
To... droga męczy, to... coś by zjadła,
To... czemu baran A NIE
lektyka,
Która przystoi wiotkiej kobiecie?
I... czy to bydlę musi tak brykać
I tak podrzucać na twardym grzbiecie?
- - - - - - - - - -
Są już w dolinie. Jeszcze
las, rzeka
I będzie widać miasto Dobrości!
A tam??? Co JESZCZE Zgryźlaków czeka
W trudnym powrocie do NORMALNOŚCI?
Nagle - cud jakiś!!! -
DIN DON, DIN DON -
Dźwięczna melodia w dolinę spływa.
To swoim "WITAJ" - tęczowy dzwon
Oznajmia miastu, że już przybywa.
To, co UŚPIONE - teraz się
BUDZI,
Przeciera oczy, przeciąga, wstaje.
Kwiaty już pachną, słychać śmiech ludzi
A TĘCZA ZNOWU wisi nad krajem.
XI.
Wstręt, u stóp tronu, stoi w pokłonie -
CZEKA POKORNIE na rozgrzeszenie.
Właśnie ZAKOŃCZYŁ spowiedź o dzwonie
Prośbą o łaskę i PRZEBACZENIE.
Czy je otrzyma? Kto wie? Bo
winy
Są przeogromne i jeszcze świeże,
Więc trudno wysnuć z królewskiej miny,
Jaki kierunek sprawa obierze.
- - - - - - - - - -
Kiedy wysłuchał król Wstręta
mowy,
Dość długo potem, w milczeniu, siedział.
Na koniec westchnął i ruchem głowy
Przywołał wszystkich i tak powiedział:
"Kto nie ma wsparcia, ma
dużo biedy
I nie raz - bywa - na kark poleci.
A tak, NAJCZĘŚCIEJ, dzieje się wtedy,
Gdy świat dorosłych NIE DBA O DZIECI!!!
Zło, w tym przypadku, znalazło lukę -
Szkaradyn nie miał dla syna czasu.
Więc, co się dziwić, że PO NAUKĘ
Musiał Wstręciuszek biegać DO LASU.
Co było dalej - wiemy
dokładnie!!!
Jak chwasty, ZŁO się zaczęło plenić.
Dziś wreszcie kamień z serca mi spadnie,
Bo - jak rozumiem - CHCECIE SIĘ ZMIENIĆ.
Cieszy mnie Wstręcie TAKA postawa,
Toteż przychylam się do twych próśb.
Od dziś zamknięta niemiła sprawa -
NIE BĘDZIE gderań, pretensji, gróźb.
Twoi Zgryźlacy, JAKO
dzwonnicy,
Zajmować będą się dzwonem Tęczy.
Wstręciucha będzie siedzieć w piwnicy
I tam pracować - niech więc nie jęczy.
Coś musi robić, więc niech nas karmi.
Tylko porządnie - nie samym CIASTEM.
A ty zostaniesz WODZEM mej armii
I czuwać będziesz nad całym miastem.
CZAS, by do normy
wszystko wróciło.
Niech złe wspomnienia ODLECĄ w dal,
No i - by sprawę zakończyć miło -
Wyprawię jutro TĘCZOWY BAL.
A
NA POCZĄTKU - gdy dzwon zadzwoni -
Niech Dobrościanie będą gotowi,
W hołdzie dziękczynnym głowy pokłonić
I PODZIĘKOWAĆ TOMIWOJOWI.
Potem ZABAWA niech trwa
do rana
Pełna muzyki, tańca, radości
I strzelających korków szampana
Za ROZTĘCZONE miasto Dobrości."
- - - - - - - - - -
Było wspaniale
- sam to widziałem.
Lecz, czy to prawda??? Nie mogę ręczyć,
Bo może tylko sen taki miałem
O mieście DOBRA pod łukiem tęczy???
K O N I E C
..-.. ..-..
..-.. ..-.. ..-.. ..-.. ..-.. ..-.. ..-.. ..-..
Olsztyn
16.11.2000r.
|